Odpoczynek to stan umysłu.

Nasze głowy niezależnie od tego, co robimy mogą być w stanie pracy albo w stanie odpoczynku. Najlepszym tego przykładem jest rozmyślanie o przyjemnościach udając, że się pracuje czy też rozmowy o tym co w pracy – na urlopie. Znacie to? Ja, szczególnie dobrze to drugie. Myślę, że jest jednak
wyjątek – kiedy praca jest pasją, to jak mówią „nie przepracujesz ani dnia” – ale umówmy się – to nie
jest powszechny standard.
Ktoś kiedyś powiedział, że życie to maraton, więc biec przez nie sprintem jest ryzykowne, a kto inny, że człowiek jest chyba jedynym gatunkiem, który wiecznie dokonuje złych wyborów. Zgadzam się obydwoma stwierdzeniami 😊.


Odważę się postawić hipotezę, że większość z nas nie potrafi odpoczywać. Z powodu tempa życia, ale i rozregulowania w systemie nerwowym  – na przykład w wyniku traumy, która spotkała nas w chwili spokoju i poczucia bezpieczeństwa, więc nasza neurocepcja odczytuje teraz ten stan, jako zagrażający. Ale są też bardziej prozaiczne powody np. wzorce kulturowe, które sprawiają, że jak pozwalamy sobie na jakiś rodzaj bezczynności, to pojawiają się w nas wyrzuty sumienia, poczucie bycia „nie w porządku”, a nasze demony wyzywają nas od leniuchów. We współczesnym świecie pracoholizm brzmi dumnie i jest przedmiotem podziwu i realizacją potrzeby bycia potrzebnym. Ludzie zaczynają wręcz ze sobą rywalizować na zajętość! Jeśli jesteś zajęty, to znaczy że masz świetną pracę a tym samym lepszy status lub perspektywy finansowe, dobry charakter, dobre wykształcenie. Bezczynności = bezużyteczność.

Paradoksalnie, w tym zagonionym świecie, najbardziej twórczy jesteśmy podczas leniuchowania, jak przekonują neurobiolodzy. Kiedy potrafimy wyciszyć umysł, oczyścić go, to możemy swobodnie kojarzyć fakty. Do twórczego i efektywnego myślenia potrzebne jest również poczucie bezpieczeństwa, co nie jest tak oczywiste i powszednie dostępne jakby się wydawało.

Nasze poczucie tożsamości nieodłącznie wiąże się z tym, co robimy a poczucie wartości z bilansem osiągnięć. Z takim przekonaniem odpoczynek jest sabotowaniem siebie. Ma to również związek z naszą potrzebą kontroli – bo przecież póki działam, to powstrzymuję firmę od katastrofy,  wręcz podtrzymuję świat w jego istnieniu. Gdybyśmy przestali działać przestalibyśmy istnieć – to ten lęk jest motorem nadaktywności za wszelką cenę. W międzyczasie te nieliczne wolne chwile powodują panikę. Co z nią zrobić? Łatwiej jest nam się cieszyć pracą, bo ona posiada cele, zapewnia informacje zwrotną, co zachęca nas do angażowania się w nią. Czas wolny nie ma struktury i wymaga znacznie większego wysiłku, by stworzyć z niego coś wyraźnie dającego satysfakcję.

Uzależniony od myśli umysł, w chwilach odpoczynku, miejscach ciszy, krzyczy jak opętany
„zabrałaś mi moje bodźce, oddaj!”. Ma to fizjologiczne wyjaśnienie w związku z naszym hormonem „muszenia” – dopaminą, neuroprzekaźnikiem, który odpowiada za nasze utrzymywanie uwagi i stymuluje komórki w układzie nagrody, nieustannie zmuszając nas do aktywności. Gdy dopamina zalewa układ nagrody, nasz mózg odczuwa przyjemność, gdy jej brakuje, mózg się jej domaga.

Żyjemy w świecie pełnym bodźców, które zalewają nas na każdym kroku. Świat się zmienił szybko, a nasz system nerwowy za tymi zmianami nie nadąża, więc często jest ich za dużo na nasze moce przerobowe i nie jesteśmy w stanie nabrać sił na przetwarzanie kolejnych, poprzez sen i odpoczynek. Nasza kultura i społeczeństwo są przestymulowane, zanika umiejętność spontanicznego odpoczywania i nierzadko musimy się tego uczyć (podobnie jak wykorzystywania naturalnego mechanizmu wibracji).

Kardy z nas potrzebuje też innego poziomu wrażeń by czuć zadowolenie. Gdy zostanie on przekroczony to z relaksu nici i to są takie sytuacje jak np. wracamy z urlopu bardziej zmęczeni niż przed wyjazdem. Czasami wykańczamy się już na etapie jego planowania, „musząc” ze wszystkim zdążyć przed wyjazdem.

Kompulsywne myślenie staje się naszym uzależnieniem, producentem dodatkowych bodźców, wspólnikiem przestymulowującego nas świata. Chwila  dla siebie, w wyniku świadomego wyboru, tworzy przestrzeń ciszy i źródło regeneracji. Aby to było potrzebne i przyjemne trzeba
jednak naprawdę lubić siebie, bo w tej przestrzeni jesteśmy tylko ze sobą i jak mawiał Alan Watts,
dla niektórych jest to nie do zniesienia.

Z zimną krwią i premedytacją zabijamy więc swój wolny czas. Z dnia na dzień dorzucamy do listy swoich obowiązków kolejne „muszę” i w końcu nie ma już miejsca na żadne „chcę” . Odkładamy wszystkie  „chcę” na czas, kiedy nie będzie już „muszenia” i często w końcu końcu ciało zmusza nas do odpoczynku.

” Największy błąd życia stanowi to, ze jest ono dla nas stale niedokończone, że coś z niego bywa odsuwane na później. Kto co dzień żegna się z życiem, temu nie brak czasu. A właśnie z tego braku czasu rodzi się lęk i żądza przyszłości zżerająca duszę. Nic bardziej żałosnego od niepewności
co do wyniku przyszłych zdarzeń”.

Seneka

Kiedyś byłam doskonałym organizatorem – wszystko było dopięte na ostatni guzik a im bardziej zapełniony miałam kalendarz, tym sprawniej funkcjonowałam. Nie powstrzymywał mnie nawet fakt, że jak tylko zwalniałam tzn. pojawiało się kilka dni wolnych, bo już nawet nie mówię o urlopie – pojawiała się jakaś choroba lub silny ból. Punktem zwrotnym było pytanie od mojej mentorki: „Ale przed czym uciekasz?”. Ponieważ byłam już w swoim procesie odzyskiwania kontaktu z ciałem – łatwo mi było się tym zainteresować i w końcu znaleźć odpowiedź.

Jasne, że nie chodzi o to, żeby całe życie patrzeć w niebo i nie mieć żadnych ambicji, ale o zachowanie jakiejś równowagi. Nie chodzi też to, żeby co miesiąc wyjeżdżać na 2 tygodnie urlopu, ale zyskać umiejętność odpoczywania na co dzień, nawet pomiędzy codziennymi obowiązkami. Znaleźć chwilę wyłączenia myśli, będących jak skaczące małpki, w naszej głowie.

To miedzy bodźcem a reakcją leży nasza wolność – czy natychmiast musimy odebrać telefon, wiadomość, odpisać na maila? Często robimy to (jak i wiele innych rzeczy) „z automatu” – warto więc zmienić, to co reaktywne na świadome, wtedy zawsze mamy wybór. To może być pierwszy krok do nauki odpoczywania – reagować na jedne bodźce a na inne nie.

Jedną z form odpoczynku, stosowanego na codzień mogą być różne formy medytacji (w zależności co kto lubi – z duchowością w pakiecie lub bez 😉). Z własnych doświadczeń powiem, że ta umiejętność podczas odzyskiwania kontaktu z ciałem – a tym samym umiejętnością autoregulacji i świadomością siebie  – przychodzi sama. Na Netflixie, pojawił się ostatnio nowy serial o medytacji: Headspace -Poradnik Medytacja”, gdzie w prosty sposób można rozpocząć praktykę medytacji. Po obejrzeniu, muszę stwierdzić, że nigdy nie podejmowałam świadomych prób medytacji, a tu się okazuje, że praktykują ją nagminnie.

Innym sposobem na odpoczynek może być aktywność fizyczna, nawet niekoniecznie sport (bo w nim również warto mieć kontakt z ciałem, gdyż często niestety dajemy sobie tylko wycisk, potwierdzając
kontrolę nad ciałem i dopieszczając ego. Wysiłek fizyczny świetnie potrafi rozładować energię, ale także nas nią doładować), ale na przykład spacer. Moje całkiem niedawne odkrycie to „kąpiele leśne” – zanurzenie w leśnej atmosferze <3. Natalia de Barbaro, w swoim artykule „Działam czy jestem” mówi także o rytmie, tego co nas regeneruje. Może to być muzyka, taniec, szum morza, szum drzew, słuchanie deszczu i jak w moim przypadku odgłosy zwierząt w stajni – mruczenie alpak, spokojne
rżenie koni, mruczenie kotów czy też doskonały oddech psa, to muzyka dla mojej duszy.

Powinniśmy odpoczywać zawsze wtedy, kiedy czujemy się zmęczeni. Nie zawsze musi być to wyjazd na wakacje, ale proste oderwanie się od problemów dnia codziennego. Może to być chwila medytacji, spacer, przytulenie zwierzaka, krótka drzemka, posłuchanie ulubionej piosenki z zamkniętymi oczyma. To co widzę na sesjach TRE®, szczególnie na początku, że to nie wibracje, nie emocje, ale pozwolenie sobie na chwilę bezczynności w momencie integracji, nadzwyczaj często jest dla ludzi najtrudniejsze.

Zostaw komentarz